.

Sądecki skansen w listopadzie

17 listopada 2019

Planowałam sobie odpuścić ten weekend, bo powinnam podleczyć trochę stopy – ostrogi piętowe dokuczają mi coraz bardziej, i zamiast zająć się nimi już latem, to ja chodzę, chodzę i chodzę…. a nogi bolą coraz bardziej. Po ostatniej wycieczce ból był tak silny, że zmusił mnie do podjęcia decyzji o zmierzeniu się z tym problemem. Zapisałam się na zabiegi rehabilitacyjne. No, ale wypadałoby zrezygnować na jakiś czas z wycieczek. Całkiem nie potrafię, ale postaram się trochę ograniczyć.

W związku z tym w sobotę znalazłam sobie sporo rzeczy do zrobienia i nigdzie się nie wybrałam, a w niedzielę miało być pochmurnie, więc moje stopy miały szansę na odpoczynek.

Niestety rano zaświeciło słońce i zaczęło mnie jak zwykle nosić. Na szczęście wpadłam na świetny pomysł – postanowiłam pojechać na spacer do sądeckiego skansenu. Potrzebę słońca i ruchu to zaspokoi, a moje nogi nie ucierpią.

To była świetna decyzja. W skansenie było pusto, przez pierwszą godzinę byłam tam całkiem sama, później pojawiło się kilka osób, więc mogłam się do woli napawać pięknem tego miejsca. Ostatni raz byłam tam dwa lata temu, bo z powodu remontu wejście na teren skansenu przez jakiś czas było tylko z przewodnikiem, a ja nie jeżdżę tam zwiedzać, tylko spacerować. Teraz jednak opcja spacerowa znowu wróciła, więc będę tam pewnie teraz częściej bywać.

Pojawił się nowy sektor – przemysłu ludowego. Są w nim dwa tartaki, młyn wodny z domem młynarza i folusz. Ma dojść jeszcze kuźnia i wiatrak. To bardzo ciekawa ekspozycja i obejrzałam ją z przyjemnością. Cieszę się, że nasz skansen się rozrasta.

To miejsce wygląda bardzo naturalnie – falisty teren, zagajniki, zaorane pola, wschodząca ozimina, drzewa owocowe, grządki i ogródki, płoty, przydrożne kapliczki - ma się wrażenie, że jest się na prawdziwej wsi. Latem pasą się krowy i kozy, plątają kury, wietrzy się pościel – jest naprawdę bardzo realistycznie.

Spędziłam tam bardzo przyjemne trzy godziny. Obserwowałam wiewiórkę, rozsiadłam się na progu chałupy i zjadłam drugie śniadanie, wdychając, kojarzący mi się z latem, spędzanym w dzieciństwie u babci, zapach nagrzanych drewnianych ścian, słomy i siana. Jedyny w swoim rodzaju. Potem dość długo łaziłam za płochliwą sójką, zakopującą żołędzie, aż udało mi się zrobić kilka przyzwoitych zdjęć tego pięknego ptaka.

Było bardzo ciepło i cały czas świeciło słońce, zaczęło się dopiero chmurzyć, jak wróciłam na parking. Dobrze, że nie odłożyłam tego spaceru na później.