Rośliny naczyniowe

Eliaszówka

Beskid Sądecki - 3 listopada 2019

Po dwóch dniach świętowania miałam dosyć i postanowiłam niedzielę spędzić nieco aktywniej. Wybrałam się do Kosarzysk, bo przyszła mi ochota na Zaczerczyk.

Pogoda była piękna – bezchmurne niebo, ciepło i przestało wiać. Miałam nadzieję, że cały dzień będzie taki. Ale jak to mówią, nadzieja jest matką głupich. Już na wysokości Starego Sącza tradycyjnie zaatakował mnie bardzo silny wiatr – no cóż tragedii nie ma, w Kosarzyskach z reguły nie wieje. Trochę zaniepokoiły mnie kłębiące się nad Pasmem Radziejowej chmury, ale słońce było nadal piękne. Do Rytra. Tu wjechałam pod paskudne, zachmurzone niebo. Im dalej, tym gorzej. Cóż, najwyżej zawrócę i pojadę gdzieś indziej. 

Jak dojechałam na miejsce, to niebo nade mną zwodniczo zaczęło się rozjaśniać, pojawiało się coraz więcej błękitu… Postanowiłam zostać.
Niestety słońce znikło tak szybko, jak się pojawiło. I to już na resztę dnia. To znaczy nade mną, bo szczyty po drugiej stronie doliny były cały czas nim oświetlone.

Ale nie żałuję. Wypatrzyłam sarenkę, która cierpliwie mi pozowała. Szkoda, że zasłaniały ją trochę trawy, ale i tak byłam zadowolona.
Było ciepło, chwilami bezwietrznie. Szłam sobie powoli, sama, i było mi bardzo przyjemnie. Raz po raz zbaczałam ze szlaku, zagłębiając się w listopadowy las i brodząc po kolana w opadłych bukowych liściach. Lubię taką atmosferę przemijania. Doszłam w ten sposób na Eliaszówkę. I wróciłam tak samo – plątając się tu i ówdzie.

Muszę powiedzieć, że mimo braku słońca (chociaż nie miałabym nic przeciwko), to był bardzo mile spędzony dzień.