Rośliny naczyniowe

Nie tylko połoniny

Bieszczady - Chryszczata - 12 października 2019

Postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę i spędzić weekend w Bieszczadach. Niestety, nie tylko my. Bieszczady od kilku lat w październiku przeżywają istny „najazd Hunów”. Biedna Marta naszukała się noclegu, oj, naszukała. Ale w końcu udało się jej załatwić spanie w Baligrodzie. Mieliśmy iść pierwszego dnia na Chryszczatą, więc to akurat nam pasowało.

Pogoda była piękna, ale bardzo wiało. Byliśmy trochę wystraszeni, bo bardzo silnie wiało, i  w niektórych miejscach wiatr dosłownie chciał nam zwiać autko z drogi.

Po drodze zajrzeliśmy do Roztok Dolnych, żeby Krzysiek mógł sfotografować dawną cerkiew filialną pw. Michała Archanioła z 1830 roku (obecnie kościół  katolicki).

Dotarliśmy do Baligrodu i pojechali do Rabego, gdzie wyruszyliśmy spod Leśnej Chatki Turystycznej Huczwice w stronę Bobrowego Jeziorka, ścieżką oznaczoną kolorem czerwonym. Przyjemny spacer, a samo jeziorko niezwykle urokliwe. Potem pomaszerowaliśmy dalej tą ścieżką na Chryszczatą (997 m n.p.m.). W pewnym momencie zmieniliśmy szlak na zielony i nim doszliśmy na szczyt. Po drodze zachwycaliśmy się pięknymi muchomorami. Przed nami tym szlakiem maszerowały żubry, o czy świadczyły pozostawione przez nie świeże odchody.

Z Chryszczatej mieliśmy wrócić zieloną ścieżką. Ale Krzysztofowi koniecznie chciało się zaliczyć Przełęcz Żebrak, więc ruszyliśmy szlakiem czerwonym beskidzkim.  Ja całkowicie nieświadoma, że ta trasa jest bardzo długa. Na przełęczy okazało się, że do samochodu musimy iść ponad trzy godziny. Skruszony Krzysiek poszedł więc szybciej, żeby chociaż kawałek po nas podjechać i oszczędzić nam drogi. Z przełęczy zjeżdżał akurat samochód, chociaż nie powinien tam wjeżdżać, bo obowiązuje zakaz. Krzysiek go zatrzymał i zjechał na dół. Wrócił po nas (miał duże poczucie winy i tylko dlatego złamał zakaz) i w ten sposób nas uratował. No i zaoszczędziliśmy jakieś dwie i pół godziny.  Mogliśmy jeszcze zajrzeć do rezerwatu Gołoborze i ścieżką geologiczną dotrzeć do kamieniołomu "Huczwice".

Wróciliśmy do Baligrodu. Mieliśmy ochotę na ciepły posiłek, ale ani w barze, nad którym nocowaliśmy, ani w karczmie nie było już nic do zjedzenia. Wylądowaliśmy więc w Stężnicy, gdzie udało nam się zjeść gorącą i bardzo smaczną kolację.