Rośliny naczyniowe

W Górach Lubowelskich

Ośli Wierch i Przełęcz Marmon - 29 września 2019

Tym razem jedziemy z Martą i Krzyśkiem do Starej Lubowli (Stará Ľubovňa). Postanowiliśmy zaliczyć ten szlak, którym planowaliśmy przejść w sierpniu, a skończyło się na Ľubovňanskich Kúpelach.

Najpierw planujemy zajrzeć do skansenu, bo Krzysiek go jeszcze nie widział. Jest tam cerkiew św. Michała Archanioła, przeniesiona z miejscowości Matysová, oraz drewniane domy mieszkalne z pocz. XX wieku, pochodzące z terenu północno-wschodniego Spisza. Skansen bardzo nam się podoba. Jest nieduży, podobnie jak ten w  Bardejowskich Kupelach, ale, podobnie jak w tamtym, znajdujemy tu wiele ciekawych, a nieznanych nam rzeczy.

W skansenie trwają przygotowania do festynu z okazji dnia św. Huberta. Jest bardzo świątecznie Nad Starą Lubowlą unoszą się kolorowe balony.
My po obejrzeniu skansenu wyruszamy czerwonym szlakiem spod zamku na Ośli Wierch (Oslí vrch, 859 m n.p.m.) Zamku, choć wart zobaczenia, nie zwiedzamy, bo byliśmy w nim wielokrotnie.

Odkrywamy, że ostatnio powstała pod zamkiem ekspozycja militariów na świeżym powietrzu. Całkiem fajna.

Szlak jest taki sobie, ale widoki ze szczytu bardzo ładne. Potem pod Szerokim Wierchem dochodzimy do rozwidlenia szlaków o nazwie Hliniská, gdzie zmieniamy szlak na żółty i dochodzimy nim na Przełęcz Marmon. Ta część trasy jest bardzo ładna, bo prowadzi w większości otwartymi, widokowymi łąkami. Tu kolejny raz zmieniamy szlak, tym razem na zielony, żeby wrócić nim do Starej Lubowli.Prowadzi nieciekawymi, podmokłymi i zniszczonymi przez ścinkę drewna lasami, ale za to rośnie tu sporo grzybów. Atrakcją tej trasy jest schronisko skalne, do którego prowadzi specjalny szlak. Co prawda gubimy się w pewnym momencie, ale mimo to docieramy na miejsce. Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, więc mamy nieplanowaną, dodatkową atrakcję.

Zamierzamy zejście ze szlaku w dzielnicy Podsadek, ale kiedy widzimy wyłaniający się przed nami zamek, skręcamy w polną drogę wiodącą polami w jego kierunku. I dobrze się stało, bo musielibyśmy przejść przez duże cygańskie osiedle, a z tego, co wiemy, z reguły nie jest to przyjemne doznanie. Co prawda musimy podejść pod zamek stromym zboczem, porośniętym krzakami tarniny i chwilami czujemy się tak, jakbyśmy usiłowali zdobyć zamek śpiącej królewny, więc mocno umęczeni stajemy na szczycie zamkowego wzgórza.

Przechodzimy znowu przez skansen, w który zabawa trwa już w najlepsze – występy zespołów regionalnych, w tym z Polski, piwo, gulasz myśliwski i inne atrakcje.

Zostalibyśmy może dłużej, ale Marta ma sporo grzybów do obrobienia – prawdziwki, kurki, i piękne, młode rydze. A ja oczywiście taszczę siatkę kani – są ogromne - największa ma ponad 30 cm średnicy. Oj, będzie uczta!

Może sam szlak nie był aż taki ciekawy, ale ze względu na rozliczne atrakcje, wycieczka okazała się nad wyraz udana.