Rośliny naczyniowe

Szpiglasowy Wierch

Tatry - 28 lipca 2019
wycieczka z KTG sądeckiego PTTK

Odkrywam, że Koło Turystyki Górskiej przy sądeckim oddziale PTTK organizuje wycieczkę na Szpiglasowy Wierch. Lubię ich wycieczki, bo są z reguły kameralne i panuje na nich specyficzna atmosfera, która mi bardzo odpowiada.

Poza tym byłam dwukrotnie na Szpiglasowej Przełęczy, a na Szpiglasowym Wierchu nie. Pora by nadrobić tę zaległość. Przy okazji mogłabym sprawdzić, czy rzeczywiście rośnie na przełęczy skalnica tatrzańska – co prawda już dawno przekwitła, ale gdyby była, to mogłabym spróbować się tam wybrać na początku czerwca, bo wtedy kwitnie. No i dawno nie byłam w Dolinie Pięciu Stawów. A jest tam pięknie. Wszystko przemawia za, więc się zapisuję. Okazuje się, że jestem pierwsza.

Potem prognozy pogody straszą deszczami i burzami  - trochę mi się odechciewa, zwłaszcza, że przypomina mi się, że będę musiała iść tą okropną drogą do Morskiego Oka, dłuugą i niemiłosiernie zatłoczoną. Ale wstyd jest mi nie pojechać i trochę mi szkoda Szpiglasa. Trudno, zaryzykuję!

Gdybym nie pojechała, to zrobiłabym straszny błąd, bo pogodę mieliśmy przez cały dzień wspaniałą! Co prawda, kiedy dotarliśmy do Doliny Pięciu Stawów, to znad Szpiglasowej Przełęczy nadciągnęły ciemne chmury, ale zanim zakończyliśmy odpoczynek, znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i już się nie pojawiły.

Rano na parkingu w Palenicy Białczańskiej nie było już miejsc, ale tym nie musiałam się martwić. Ludzi było trochę, ale szliśmy tylko do Wodogrzmotów Mickiewicza, a kolejki do kas nie było.

Atmosfera na wycieczce była wspaniała. Mili, sympatyczni ludzie, kochający góry, niektórzy znani z innych wycieczek. A na szczególną pochwałę zasługiwali dwaj najmłodsi uczestnicy tej wycieczki, 7-letni Wojtek i ponoć jeszcze młodszy od niego Adaś. Szli bez marudzenia, a po łańcuchach śmigali jak kozice!

Udało mi się zobaczyć tęczę na Siklawie, chociaż tylko taką malutką. Ale zawsze.

Tuż przy ścieżce pod Szpiglasową Przełęczą spotkaliśmy kozicę, która z dużym zadowoleniem pozowała nam do zdjęć.

Szpiglasowa Przełęcz mnie rozczarowała, jeśli chodzi o rośliny. Liczyłam, że zrobię tam trochę zdjęć. Skalnica tatrzańska tam rzeczywiście rośnie, ale poza tym murawy naskalne na przełęczy, które pamiętałam z poprzednich moich wycieczek jako kwietny ogród, są bardzo uszkodzone przez prawdopodobnie zbyt duży ruch turystyczny.  

Nie było na co patrzeć, więc mogłam spokojnie zdobyć wreszcie Szpiglasowy Wierch. Byłam zachwycona zarówno jego ostrym, skalistym, a jednocześnie wygodnym do odpoczynku wierzchołkiem, jak i niesamowitymi widokami, jakie można stamtąd podziwiać.

Cała trasa jest rzeczywiście przepiękna i jak na tatrzańskie warunki – bardzo wygodna. Zwłaszcza wygodne jest zejście ze Szpiglasowej Przełęczy w stronę Morskiego Oka, ale przecież to tzw. „ceprostrada”, więc nie ma się czemu dziwić.

Nikt nas nie poganiał, szliśmy sprawnie, ale każdy mógł iść swoim tempem, więc byłam bardzo zadowolona i zrobiłam sporo zdjęć, nie musząc przy tym gonić grupy.

Powrót asfaltem był niestety rzeczywiście długachny (ostatecznie to 8,5 kilometra), ale ludzi wcale nie tak dużo, jak można by przypuszczać. Kilka wolnych bryczek czekających na chętnych. Niewarygodne!  Ale ja się wstydziłam skorzystać i poszłam na nogach. Potem tego trochę żałowałam, bo miałam jedyną okazję, zwłaszcza, że cena była przystępna, ale przynajmniej znowu honorowo zaliczyłam całą trasę.

W świetnych humorach wracaliśmy do domu. Zwłaszcza, że chcąc rzucić ostatnie pożegnalne spojrzenie na Tatry z Głodówki, odkryliśmy, że w rejonach, z których właśnie zeszliśmy, rozpętała się burza. Mieliśmy niewiarygodne szczęście!