Rośliny naczyniowe

Czerwone Wierchy

Tatry - 15 lipca 2019

Ponieważ cały weekend znowu przesiedzieliśmy w domu z powodu kiepskich prognoz pogody, byłam bardzo zła i postanowiłam wykorzystać poniedziałek i pojechać sama w Tatry na Czerwone Wierchy. Choćby nie wiem co. Na szczęście postanowił dołączyć do mnie Krzysiek, sam, bo Marta niestety pracowała.
 
Wyjechaliśmy wcześnie, tak, że już o ósmej wyruszyliśmy na szlak. Postanowiliśmy powtórzyć naszą wycieczkę z 2015 roku, tyle że zrobić ją w odwrotnym kierunku.

Kiry – Dolina Kościeliska – Przysłop Miętusi – Kobylarz – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak – Chuda Przełączka – Upłaziańska Kopka – Adamica – Zahradziska – Cudakowa Polana – Dolina Kościeliska – Kiry.

Miało być słonecznie, ale bardzo zimno. Zupełnie nie wiedziałam, jak się ubrać. Wzięłam w związku z tym mnóstwo ciepłych ubrań. Na szczęście większość zostawiłam już w bagażniku, a z reszty rozbierałam się po drodze, bo było całkiem ciepło. Większość trasy przeszliśmy w koszulkach z krótkim rękawem, dopiero na przejście granią ubraliśmy cienkie polarki, ale potem znowu je zdjęliśmy, bo po minięciu Ciemniaka zrobiło się w nich za gorąco. Naprawdę było całkiem ciepło i przyjemnie – toteż ze zdziwieniem patrzyliśmy na ludzi poubieranych w grube kurtki, w czapkach i kapturach, a takich było bardzo dużo.

Pierwszy raz wchodziłam od tej strony na grań i muszę powiedzieć, że to rzeczywiście jest bardzo strome i długie podejście. Dobrze, że zdecydowaliśmy się tamtędy wejść, a nie schodzić, bo boleśnie wspominam te trzy razy, kiedy tamtędy schodziłam.

W 2015 roku byliśmy tu dwa tygodnie wcześniej. Większość roślin, które wtedy fotografowałam, teraz już przekwitła. Były za to inne, a najwspanialej prezentował się gnidosz okółkowy – były go miejscami całe łany. Nie znalazłam niestety żadnej nowej rośliny, ale udało mi się zrobić sporo zdjęć, które bardzo przydadzą mi się do Atlasu.

Przeszliśmy całą trasę w przewodnikowym czasie, co, w związku z tym, że zrobiłam blisko 500 zdjęć, jest sukcesem. Ostatnim razem szliśmy dłużej (no, ale roślin do sfotografowania było znacznie więcej).

Ponieważ rejon Czerwonych Wierchów obfituje w jaskinie, to Krzysiek pokazywał mi miejsca, w których się znajdują i opowiadał swoje przygody z nimi związane, bo młodość spędził na penetracji i odkrywaniu nowych jaskiń, nie tylko w Polsce zresztą.

Na grani było bardzo dużo turystów – no ale nie ma się czemu dziwić – po brzydkim weekendzie taki piękny słoneczny dzień, a we wtorek miało znowu padać.

Zejście przez Adamicę do przyjemnych nie należało. Myślałam, że będzie lżej. Niestety, w Tatrach właściwie żadne zejście nie jest miłe, ale skoro się wlazło na szczyt, to zleźć też jakoś trzeba… chociaż nogi bolą…

Ale było warto! Widoki, słońce, kwiaty! To był cudowny dzień!