Rośliny naczyniowe

Parchowatka i Hala Łabowska

Beskid Sądecki - Pasmo Jaworzyny Krynickiej - 20 czerwca 2019

Ostatnio pogoda nie sprzyja wycieczkom. Upały i burze. W związku z tym weekend spędziłam w domu, bo baliśmy się gdzieś wybrać. Zaplanowaliśmy wycieczkę na czwartek. I prognozy pogody znowu były kiepskie. Miały być burze. A nam chciało się „przelecieć.”

Postanowiliśmy zaryzykować. Nie planowaliśmy wybierać się gdzieś daleko, najlepiej w Beskid Sądecki. Zwłaszcza, że tu miało być najlepiej.

Wyciągnęłam Martę i Krzyśka do Łomnicy-Zdrój. Jesienią zrobiłam tam kółeczko na Łabowską Halę. Usiłowałam po drodze zdobyć Parchowatkę, co nie wyszło mi najlepiej. Tym razem, mając w obwodzie Krzyśka, byłam pewna, że w końcu zaliczę ten szczyt. Poza tym, tam są rozległe łąki, a najpiękniejsze są właśnie w czerwcu.

Wyjechaliśmy wcześnie, z uwagi na prognozowane burze. Jak się okazało, pogoda była świetna na wycieczkę. Poprzez chmury raz po raz przedzierało się słońce. Nie było tak strasznie gorąco. I chwilami wiał przyjemny wiatertek.

Obiecanej przez Marka ścieżki na Parchowatkę, mimo usilnych poszukiwań, nie znaleźliśmy. W związku z tym poszliśmy lasem do góry na przełaj i wyszliśmy prosto na punkt triangulacyjny, oznaczający szczyt. Po chwili poszukiwań znaleźliśmy także tabliczkę. Parchowatka została oficjalnie zdobyta!

A potem, znowu na przełaj, przez łąki i borówczyska, dotarliśmy do drogi, którą usiłowałam dojść jesienią na szczyt. Stamtąd już było w miarę łatwo dojść na przełęcz i do żółtego szlaku. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze tylko na chwilę przy Jaskini Grzybiarzy.

Miałam zacząć szukać zaproci górskiej, bo jeszcze jej nie mam w Atlasie. Włóczę się za jakimiś unikatowymi paprotkami po Słowacji, a tu nagle odkryłam, że pospolita w naszych górach paproć jakoś umknęła mojej uwadze. Wstyd! Ale znalazłam ją bardzo szybko, bo rosło jej tam akurat całkiem sporo. Więc się zrehabilitowałam.

Dotarliśmy do Hali Łabowskiej, chwilę odpoczęli pod schroniskiem, a potem, tradycyjnie, niebieskim szlakiem ruszyliśmy na dół.

Na mijanych łąkach kwitnął masowo jastrzębiec, który intryguje mnie już od kilku lat, i którego, jak dotąd, nie udało mi się oznaczyć. Zrobiłam mu sporo zdjęć, poszukam, może wreszcie mi się uda.

Zeszliśmy w sam raz, bo za godzinę rozpętała się tam burza. Znowu mieliśmy szczęście!