Rośliny naczyniowe

Na styku Zachodnich i Wschodnich Karpat

Pogórze Bukowskie i Bieszczady - 9 czerwca

Już od trzech lat wybieram się sfotografować rosnącego w Kulasznem gnidosza stepowego. Ma tu swoje jedyne stanowisko w Polsce.

Szukając zdjęć tej roślinki, wylądowałam na stronie nadleśnictwa Lesko, gdzie był krótki artykuł poświęcony gnidoszowi stepowemu z 2018 roku. Oczywiście zadzwoniłam, bo z doświadczenia wiem, że pracownicy lasów państwowych są bardzo chętni do udzielania wszelakiej pomocy.

Dostałam w nadleśnictwie numer autora artykułu. Zadzwoniłam. Pan był bardzo miły. Obiecał nawet, że podjedzie do Kulasznego i sprawdzi, czy gnidosz kwitnie i czy jeszcze tam jest. Podobała mu się moja pasja. Powiedział, że już spotkał kiedyś podobnych ludzi. Też prowadzili stronę o roślinach karpackich. Pokazał im stanowisko ciemiernika. Od razu się zorientowałam, że to byliśmy my. Nie chciał uwierzyć. Ale jak powiedziałam mu, o czym wtedy rozmawialiśmy, to musiał. Obydwoje byliśmy bardzo zaskoczeni tym przypadkiem. My często miło go wspominamy, bo pokazał nam wspaniałe stanowiska ciemiernika i bardzo przyjemnie się nam z nim rozmawiało. Żałowaliśmy nawet, że nie wzięliśmy od niego numeru telefonu.
Pojechał do Kulasznego, przysłał mi zdjęcie gnidosza – były tylko dwie rośliny. Ale Czerwona Księga Karpat podaje, że w 2007 roku, były obserwowane jedynie trzy osobniki, więc pewnie nie ma więcej.

Może w końcu wyginąć, więc trzeba się spieszyć. Niestety, pogoda na niedzielę nie była zapowiadana zachęcająca, a Marta w sobotę pracowała. Ale obiecała, że pojadą ze mną bez względu na pogodę. Musiałam przecież sfotografować tego gnidosza. Zwłaszcza teraz.

Pogoda była jednak przyzwoita. Było co prawda prawie cały czas pochmurno, ale nie padało.  A  po południu zaczęło pokazywać się słońce.

Najpierw zajrzeliśmy do Morochowa (Morochów), żeby zobaczyć cerkiew. Mieliśmy szczęście. Udało nam się zajrzeć do środka, ale nie tylko. To prawosławna cerkiew i trafiliśmy akurat obrzęd Pierwszej Spowiedzi (w prawosławiu nie ma Pierwszej Komunii). Pop był bardzo miły, okazało się, że pochodzi z naszych stron. Chwilę z nami pogawędził - dowiedzieliśmy się sporo ciekawych rzeczy.

Potem wróciliśmy do Mokrego i fotografowaliśmy zakole Osławy, gdzie znajduje się rezerwat „Przełom Osławy pod Mokrem”. Stamtąd pojechaliśmy do Kulasznego. Po gnidosza. Na szczęście jeszcze był.

W dalszej drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zobaczyć cerkiew w Szczawnem.

Osława jest rzeką oddzielającą Karpaty Zachodnie od Wschodnich. Informujące o tym tablice znajdują się w Prełukach po obu stronach mostu. Marta z Krzyśkiem dopilnowali, żebym sobie je sfotografowała na pamiątkę.

A dalej pojechaliśmy w stronę Duszatyna. Zatrzymaliśmy się, żeby sfotografować tablicę kolejnego rezerwatu, tym razem był to „Przełom Osławy pod Duszatynem”. Zeszłam nad rzekę, bo zobaczyłam piękne stanowisko pióropusznika strusiego, Krzysiek poszedł za mną. Obydwoje krążyliśmy obok tej kępy paproci, odchodziliśmy od niej i wracali, w końcu postanowiłam zrobić kolejne zdjęcie i kiedy sięgnęłam ręką w głąb tych paproci, żeby wyrwać brzydkie źdźbło trawy, wyskoczyła na mnie sarna. O mało mnie nie przewróciła. Cały czas siedziała cichutko w tej kępie pióropusznika, a my jej nie widzieliśmy. Dopiero, jak ją prawie dotknęłam, to nie wytrzymała i uciekła. Ależ mnie przestraszyła!

Podjechaliśmy kawałek dalej. Krzysiek znów się zatrzymał, żebym mogła sfotografować rezerwat z góry, i wtedy odkryliśmy, że można wejść na stary wiadukt kolejowy, znajdujący się na terenie rezerwatu, idąc przygotowaną ścieżką po torach kolejowych. Była też zrobiona ścieżka do ładnej kaskady na Osławie.

W planie mieliśmy jeszcze jeden rezerwat – najciekawszy – „Zwiezło”. To słynne Jeziorka Duszatyńskie.  Było pięknie, niestety roiło się tam od komarów. Nie wzięliśmy ze sobą niczego odstraszającego te „krwiożercze bestie” i wróciłyśmy z  Martą pogryzione do krwi. Dosłownie. A Krzyśka nie ruszyły. Strasznie mu zazdrościłyśmy tego „braku zainteresowania” ze strony komarów.

Krzysiek zapragnął zobaczyć cerkiew w Radoszycach. Już tam był, ale to był mały podstęp. Bo potem mieliśmy już krótszą drogę do domu przez Słowację i w ten sposób, przejechawszy przez Medzilaborce, zobaczyliśmy jeszcze dwie piękne słowackie cerkwie – w  Miroľi  i  Bodružalu.

Grekokatolicka cerkiew Opieki Bogurodzicy w Miroľi została zbudowana w XVIII wieku. Jest Narodowym Zabytkiem Kultury. Cerkiew Św. Mikołaja w Bodružalu jest starsza, bo powstała w wieku XVII. To cerkiew łemkowska. Jest jeszcze cenniejsza, bo została wpisana na listę zabytków UNESCO. Obie są piękne i warte zobaczenia.

To była znowu wspaniała wycieczka - trzy rezerwaty, pięć cerkwi, no i gwiazda tej wycieczki  - gnidosz stepowy.