Rośliny naczyniowe

Majówka z Lilą i Markiem w Małych Karpatach - 2

Słowacja - 2 maja 2019
Svätý Jur i Devinska Kobyla

Ponieważ tylko jeszcze jeden dzień ma być pogoda, udaje mi się przekonać Marka, aby zmienił nasze plany i żeby w czwartek pojechać do „mojego” rezerwatu Devinska Kobyla. Szukanie i fotografowanie roślin w deszczu byłoby zbyt trudne.

Rano zaczynamy wycieczkę od zwiedzenia miejscowości o nazwie Svätý Jur (Święty Jur). Jest to śliczne małe miasteczko, pełne ciekawych zabytków. Jednym z najcenniejszych i najstarszych jest gotycki kościół Svätého Juraja, wzniesiony w II poł XIII w. Znajduje się w nim unikatowy kamienny, piaskowcowy ołtarz z XVI wieku. Niestety, kościół był zamknięty i nie udało nam się go zobaczyć. Svätý Jur jest też słynnym ośrodkiem winiarstwa. Pełno tu winnic i urokliwych winiarni.

Żeby dotrzeć do Devina, musimy przejechać przez Bratysławę.Trochę błądzimy, bo Marek polemizuje z nawigacją, ale w sumie dość szybko docieramy na parking pod devinskim zamkiem.

To ruiny, ale wspaniałe i przede wszystkim pięknie położone. Naszą wycieczkę zaczynamy od ich obejrzenia.
Zamek powstał we wczesnym średniowieczu na wysokiej skale u ujścia Morawy do Dunaju, na miejscu dawnego posterunku rzymskiego, po którym zostały do dziś ślady. Od XVII wieku należał do wspominanej już rodziny Pálffych. W 1809 r. został wysadzony przez wojska napoleońskie.

Zwiedzamy zamek, obchodzimy go potem dołem wzdłuż Dunaju, obserwując płynące nim ogromne statki pasażerskie i barki. Przechodzimy przez Devin i pod kościołem  Marek wprowadza nas na czerwony szlak prowadzący na Devińską Kobylę.

Ostro protestuję, bo ja nastawiłam się na inne przejście. Widziałam opis całej trasy wraz ze zdjęciami rosnących tam roślin, cała trasa była po płaskim, a tu Marek każe mi zdobywać jakiś szczyt, o którego istnieniu zresztą nie miałam pojęcia, bo skupiłam się na rosnącej w rezerwacie roślinności. No ale nie mam wyboru – muszę iść według planu Marka, mając nadzieję, że dojdziemy do miejsca, które sobie wymarzyłam.

Okazuje się, że wszystko jest w porządku. Już na początku trasy pojawiają się „moje roślinki”, a szlak wiedzie przez przepiękny o tej porze las, porośnięty kwitnącą właśnie, a nie występującą u nas rośliną. To Smyrnium perfoliatum – pachnąca bylina z rodziny selerowatych, dorastająca do 1 m. Rosną tu jej całe łany, a las wygląda dzięki temu bajkowo. Dla samego tego widoku było warto przejść tą trasą. Przepraszam więc Marka, docieramy mocno stromym szlakiem na szczyt, robimy sobie odpoczynek, zmieniamy szlak na zielony i idziemy dalej.

Po drodze udaje się nam zobaczyć dzięcioła czarnego. Nie boi się nas zupełnie, więc możemy go obserwować. Hałas, jaki robi, „wykuwając” dziuplę, jest tak niesamowity, że trudno uwierzyć, że robi go tak nieduże stworzenie, dopóki się tego nie zobaczy. 

Wychodzimy na otwarte łąki, pojawia się coraz więcej nowych roślin – biegam od jednej do drugiej, coraz bardziej podekscytowana.

Docieramy w końcu do celu naszej wyprawy - do wzgórza Sandberg, najciekawszego fragmentu devinskiego rezerwatu. O to miejsce właśnie mi chodziło. To tu rośnie większość tego, co zaplanowałam sobie sfotografować.

Na Sandbergu znajdują się pozostałości skalne trzeciorzędowego morza z poziomymi warstwami, których wiek szacuje się na 14 do 16 milionów lat. Nawet dziś można tutaj znaleźć skamienieliny zwierząt morskich. Gnieździ się tu żołna zwyczajna – bajkowo upierzony ptaszek. Jest ich tu bardzo dużo, fruwają nad naszymi głowami, więc możemy je podziwiać.

Ja znajduję kolejne wspaniałe rośliny – te które spodziewałam się tu znależć, a także takie, o których nie wiedziałam, że tu rosną – w sumie podczas tej wycieczki udało mi się sfotografować 25 gatunków nowych dla mnie roślin. To mój absolutny rekord. Lila i Marek cieszą się razem ze mną. Między innymi to dyptam jesionolistny, storczyki kukawka i drobnokwiatowy, zawilec wielkokwiatowy, trzmielina brodawkowata, róża gęstokolczasta, barwinek zielny, szparag lekarski, lepnica wąskolistna, leniec pospolity i wiele, wiele innych. Nie udaje mi się sfotografować kosaćców: niskiego i pstrego, na co po cichu liczyłam. Znajdujemy co prawda spore stanowisko kosaćca niskiego, ale nie kwitnie. Cóż, może kiedyś uda mi się je gdzieś jeszcze znaleźć. Nie można mieć wszystkiego.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę w miasteczku Pezinok, gdzie udaje się nam (z trudem) zjeść coś ciepłego. Kupujemy jeszcze pyszne lody i robimy sobie mały spacer po mieście. Wszędzie pełno urokliwych winiarni i piwiarni. My, ze względu na Marka-kierowcę, musimy się zadowolić wyłącznie ich oglądaniem. Ale mamy wino zakupione pod zamkiem w Devinie, więc wypijemy go w pensjonacie.

To była cudowna wycieczka – urokliwy Svätý Jur, wspaniały deviński zamek, piękne krajobrazy, no i ROŚLINY....