Rośliny naczyniowe

Poniedziałek wielkanocny w Gorcach

Kiczora z Ochotnicy - 22 kwietnia 2019

Tradycyjnie w poniedziałek wielkanocny jeździmy z Martą i Krzyśkiem na wycieczkę. Niestety, pogoda się popsuła. Miało być pochmurnie i padać. Rano rzeczywiście nie było zbyt zachęcająco, ale mimo to Marta była bardzo żądna się gdzieś wybrać. Poprzedniego dnia zadecydowaliśmy, że pójdziemy z Ochotnicy na Turbacz na krokusy.
 
Jak wyjeżdżaliśmy, to zaczęło właśnie delikatnie padać. Całą drogę było podobnie. Po wyjściu z samochodu też. A potem zaczęło już zdecydowanie mocniej. I pojawił się grad. Ale mieliśmy szczęście, bo akurat wtedy mijaliśmy coś na kształt bacówki. Była otwarta, więc schroniliśmy się tam, żeby przeczekać deszcz. Spędziliśmy tam trochę czasu, więc z nudów rozglądaliśmy się po malutkim pomieszczeniu. Było przystosowane do spędzenia tam nocy. Prycze, prymitywny stół, ława, jakieś półeczki. Była nawet skrzynka z narzędziami.
Z tyłu było drugie obszerniejsze pomieszczenie – myśleliśmy początkowo, że dla owiec, ale były tam przechowywane ostrewki i narzędzia do siana.
 
Na pryczy znaleźliśmy dziwaczne narzędzie – trochę przypominało kosę osadzoną na sztorc, tyle, że zamiast ostrza kosy na drągu było osadzone duże ostrze jakieś narzędzia rolniczego. Może pługa? Była to groźna broń. Oczywiście zmusiłyśmy Krzyśka, żeby nam z tym czymś pozował do zdjęć. A potem zastanawialiśmy się wszyscy, do czego to mogło służyć. W końcu jednogłośnie orzekliśmy, że świetnie sprawdziłoby się, gdyby bacę zaatakował niedźwiedź. W każdym razie nie znaleźliśmy innego zastosowania dla tego przedmiotu. Chyba, że chciałby pogonić turystów.
 
Nie zanosiło się na poprawę pogody, chciałyśmy z Martą nawet wracać, ale Krzysiek uparł się, że zaraz przestanie padać. I miał rację. Poszliśmy więc dalej. Humory nam się trochę poprawiły, jak znaleźliśmy pierwsze krokusy. Ale ciągle było pochmurnie i chłodno. A potem na szlaku zaczął się pojawiać śnieg. Im wyżej szliśmy, tym było go więcej. W niektórych miejscach leżało go jeszcze na metr wysoko. Nigdy jeszcze o tej porze nie widziałam tyle śniegu na tej wysokości. Ale nie ma się czemu dziwić, zważywszy, ile było go w górach tej zimy.

Brnęliśmy w śniegu i błocie do góry, przedzierając się pomiędzy połamanymi przez śnieg drzewami. Było zimno i nieprzyjemnie. Zwłaszcza, że się źle ubrałam. Klęłam więc nie tylko w duchu. Od końca lutego włóczyłam się po pogórzach, albo przynajmniej w niższych partiach Beskidów, żeby tego właśnie uniknąć. Nie przypuszczałam, że takie warunki panować będą pod koniec kwietnia. Ale można było to przecież przewidzieć. Wystarczyło spojrzeć na ośnieżony szczyt Radziejowej.

Mocno zmęczeni dotarliśmy na szczyt Kiczory. Wiało i z północy zaczęły nasuwać się nad szczyt mgły. Nawet przepyszny sernik Marty nie poprawił nam zbytnio humorów. Mimo protestów Krzyśka odmówiłyśmy pójścia na Turbacz. Musiał się zadowolić zdobyciem Kiczory. Chociaż znowu miał rację, bo jak później odsłonił się nam widok na Turbacz, to okazało się, że na polanach pod szczytem nie ma śniegu i świeci tam słońce. Zresztą nam też po chwili wyjrzało i zrobiło się całkiem przyjemnie.

Schodziliśmy szlakiem na Przełęcz Knurowską, ale potem przy kapliczce upamiętniającej śmierć księdza Jana Wątroby, żeby skrócić sobie drogę, skręciliśmy w lewo. Musieliśmy co prawda sforsować potok, ale potem szliśmy już asfaltem przez przysiółek  Bartoszówka, w którym było dużo ładnych starych domów z charakterystycznymi ganeczkami. Było tu jeszcze sporo śniegu.

Doszliśmy do zabytkowego, łukowego mostu z 1911 roku, zbudowanego w ramach tzw. Drogi Knurowskiej. Jest ona ponoć jednym z najciekawszych zabytków inżynierii wojskowej z przełomu XIX i XX wieku. Jest też jedną z najpiękniejszych tras widokowych w Polsce. Jechałam tą drogą kilkakrotnie, ale dopiero teraz dowiedziałam się w jaki sposób i kiedy powstała.  

W sumie była to całkiem udana wycieczka. Szkoda tylko, że słońce wyjrzało nam trochę za późno, bo pewnie dotarlibyśmy na Turbacz.