Rośliny naczyniowe

Z Kołem Grodzkim PTTK na Gęsiej Szyi

Tatry - 27 stycznia 2019

Znaleziona w sobotę końska podkowa przyniosła mi szczęście.

Jeszcze przed wycieczką do Doliny Chochołowskiej zapisałam się na organizowaną w niedzielę przez Koło Grodzkie Sądeckiego Oddziału PTTK wycieczkę w Tatry. W planie była Gęsia Szyja. Już od jakiegoś czasu chciałam tam pojechać zimą i jakoś się nie składało.

Pogoda miała być co prawda taka sobie, ale przez tydzień mogło się dużo zmienić. Najwyżej tradycyjnie nie pojadę.

W sobotę prognozy pogody mówiły o zachmurzeniu w Tatrach. Miało też podobno wiać. Informacja o wietrze jakoś do mnie nie dotarła, bo pewnie bym się nie wybrała.

Postanowiłam jechać. Przecież nie zawsze muszę mieć piękne słońce. Może nie będzie źle.

Stawiłam się na zbiórkę przed siódmą. Grupa skromna, okazało się, że razem z przewodnikami miało nas być tylko 18 osób. Rosłe, dorodne chłopy. Kwiat Koła Grodzkiego. Najwytrwalsi. Poza mną tylko jedna kobieta. Ale widać, że „wychodzona”. Przewodnik prowadzący lubiący biegać. Oj, lubiący!

Ogarnął mnie lęk. „Mam spakowany plecak, samochód na parkingu, może wysiądę z busa i pojadę sobie gdzieś sama?” Ale było mi wstyd to zrobić i zostałam. W Starym Sączu dosiadła się na szczęście jeszcze jedna kobieta.

Po drodze nasz wehikuł zaczął szwankować. Było to tylko obluzowane nadkole, ale musieliśmy się z tego powodu kilka razy zatrzymywać. Aż do momentu, kiedy wreszcie odpadło na dobre i jechaliśmy już bez przeszkód.

Pogoda z minuty na minutę robiła się coraz lepsza. W Nowym Targu było już wspaniale. Tatry piękne lśniły w słońcu na tle prawie bezchmurnego nieba.

Droga, prowadząca na Wierch Poroniec, skąd mieliśmy wyruszyć, jest chyba najbardziej widokowa w Tatrach. To słynna Droga Oswalda Balcera. Delektowaliśmy się wspaniałymi widokami jeszcze w trakcie jazdy.

Dostałam zadyszki już po pięciu minutach. Wiedziałam co prawda z doświadczenia, że na początku zawsze „lecą”, ale strach znowu wrócił.
Ale od Rusinowej Polany było już dobrze. Przewodnik poszedł z kilkoma osobami na Wiktorówki. Reszta mogła zostać na Rusinowej Polanie. Zgłosiłam, że pójdę sobie w tym czasie niespiesznie w stronę Gęsiej Szyi. Poza mną poszło kilka osób. Szłam sobie wolno pod górę, delektując się pięknymi widokami. Nawet nie wiem kiedy, znalazłam się na szczycie.

I potem całą dalszą trasę aż do Toporowej Cyrhli też prawie przeszłam sama, bo po przepuszczeniu 15 „szybkobiegaczy”, miałam szlak tylko dla siebie. A jednocześnie poczucie bezpieczeństwa, bo za mną w sporej odległości szedł przewodnik „zamykający”, który towarzyszył koledze, mającemu jakieś kłopoty z kostką.

Szlak był przetarty, pogoda przez cały dzień rewelacyjna. Było słonecznie, ciepło i bezwietrznie.

To była kolejna wspaniała wycieczka!