Rośliny naczyniowe

Hala Łabowska z Łomnicy-Zdrój

Beskid Sądecki - 16 września 2018

Niedziela ma być niezła, więc planuję sobie samotną wycieczkę. Przychodzi mi do głowy pomysł na Łabowską Halę z Łomnicy-Zdrój. Byłam tam kilka lat temu, też sama, i bardzo mi się ta trasa podobała. Najpierw żółtym szlakiem, a potem powrót niebieskim. Robi się w ten sposób kółeczko.

Po drodze snują się mgły, mam nadzieję, że jak dojadę do Łomnicy i wyjdę na łąki przy żółtym szlaku, to będą jeszcze widoczne. Niestety, w Łomnicy mgieł nie ma. Ale mimo to jest pięknie. Idę sobie niespiesznie do góry, delektuję się widokami, pozdrawiam ludzi pasących krowy. W miejscu, gdzie szlak wchodzi do lasu, na jego skraju, siedzi starsza pani. Ucinamy sobie pogawędkę. Pytam, co tu robi. Ona na to, że pilnuje krów, bo ponoć grasuje wataha wilków i czy ja się nie boję tak sama chodzić. Wataha jest mała, liczy tylko 4 wilki, ale są dość zuchwałe i dlatego ludzie pilnują swoich krów, zamiast zostawiać je same na pastwiskach.

Idę dalej, ale opowieść o wilkach trochę mnie zaniepokoiła, bo wydaje się, że jest prawdziwa. Ale wilki interesują się krowami i owcami, no
ewentualnie Czerwonym Kapturkiem, ale nie samotną turystką. Poza tym idę przecież szlakiem. Szybko więc zapominam o wilkach.

Po jakimś czasie droga się rozwidla, a znaki szlaku znikają. Skręcić można na dużą polanę, albo iść świeżo zrobioną stokówką. Wydaje mi się, że trzeba iść drogą, ale kiedy szłam tędy poprzednio, była znacznie węższa. Idę więc na rekonesans na polanę. Jest piękna. Są na niej jakieś stare drewniane budynki i nie przypominam ich sobie. Czyli szlak raczej tędy nie idzie, bo bym to pamiętała. Ale postanawiam dojść do samej góry, bo bardzo mi się tu podoba. Przy ostatnim domku są jacyś ludzie. Wygląda na to, że tu nocowali. Pytam o żółty szlak, potwierdzają, że trzeba iść tą nową drogą. Wracam i idę – droga jest paskudna, a na dodatek leśnicy wycięli wszystkie drzewa z oznakowaniem szlaku – dopiero po kwadransie pojawia się pierwszy znak. Dochodzę na Siodło pod Parchowatką.

Marek pytał niedawno, czy byłam na Parchowatce. Oczywiście, że nie byłam, bo tam nie ma przecież szlaku. Ale sądeckie PTTK utworzyło ostatnio nową odznakę „Korona  Beskidu Sądeckiego”. Żeby ją otrzymać, trzeba zdobyć 35 szczytów Beskidu Sądeckiego o wysokości powyżej tysiąca metrów n.p.m. Spora część tych szczytów jest poza szlakami i była nie oznaczona, więc PTTK poumieszczało na nich wszystkich tabliczki. Marek brał udział w tej akcji, nawet z nim chodziłam oznaczyć kilka szczytów.

Nie zbieram co prawda żadnych odznak, ale nagle zachciało mi się przed Markiem pochwalić, że zdobyłam sama Parchowatkę, zwłaszcza, że ta nazwa mi się bardzo od dawna podoba. Patrzę więc na narysowaną mapę, ustalam, gdzie jest Parchowatka. Prowadzi w tamtym kierunku ścieżka, więc decyduję się i idę. Zawsze przecież mogę wrócić. Ścieżka idzie cały czas według mnie w dobrym kierunku. Ale idę i idę, dochodzę na szczyt, nie ma żadnego oznaczenia, droga zaczyna schodzić trochę w dół. Muszę zrezygnować, bo idę w przeciwnym kierunku do Hali Łabowskiej. Myślałam, że to będzie łatwiejsze. Wracam. Ale nie zauważam, że ścieżka, którą tu przyszłam, skręca w dół, mijam ją, i idę prosto. Spory kawałek. Nagle wygodna ścieżka się kończy. Była tak podobna do tej, którą przyszłam, że w ogóle nie uświadamiam sobie, że idę już od dłuższego czasu nie tą drogą, co trzeba. Myślę, że się zagapiłam i po prostu zeszłam ze ścieżki. Zaczynam szukać jej dalszego ciągu i niepostrzeżenie zagłębiam się coraz bardziej w las. Robi się gęsty, pełno w nim powalonych drzew, a zbocza stają się coraz bardziej strome. Już wiem, że musiałam wejść nie na tą ścieżkę, co trzeba. Zatrzymuje mnie błotniste źródlisko. Pełno w nim śladów jeleni. W głowie zapala mi się czerwona lampka. Dzicz, źródlisko, jelenie… w domyśle - wilki… A staruszka ostrzegała! Przechodziliśmy dwa lata temu zimą z Martą i Krzyśkiem przez ostoję wilków w rezerwacie Baniska i nie było to szczególnie przyjemne doznanie. A teraz jestem sama! 

Co prawda, nie wierzę, żebym miała aż takiego pecha, aby spotkać wilki, a to żeby mnie jeszcze na dodatek zaatakowały, to prawie niemożliwe, ale wiem doskonale, że się zgubiłam i zaczynam w związku z tym czuć się mocno nieswojo. Przecież mam zerową orientację w terenie i naprawdę mogę za chwilę mocno zabłądzić! Stwierdzam, że trzeba się stąd szybko wycofać, odnaleźć ścieżkę, którą tu przyszłam i wracać nią, aż odnajdę tą, którą przyszłam z Siodła pod Parchowatką.

Po kilkunastu minutach stoję szczęśliwa na ścieżce. I, jak się okazuje, zgubiłam się zaraz na początku, bo muszę wracać prawie pod sam szczyt. Tam dopiero odnajduję „moją” dróżkę. Szybciutko nią schodzę. Ale oddycham z ulgą dopiero na dole. Spotykam tam rowerzystę. Pytam go o Parchowatkę. Stwierdza, że ma dokładną mapę w komórce i że Parchowatka jest rzeczywiście w tym kierunku z którego wróciłam, ale że nie prowadzi na nią żadna ścieżka. To raczej nie jest prawda, bo Marek tam był i szczyt ma być oznaczony. Ale licho wie! Na niektóre z tych tysiączników rzeczywiście nie ma ścieżek. Cóż, zapytam Marka po powrocie.

Do końca idę już grzecznie szlakiem. Szybko docieram na Halę Łabowską, robię sobie przerwę, żeby się posilić, i zmieniam szlak na niebieski. Jest też piękny i widokowy, prowadzi częściowo malowniczymi łąkami. Co prawda, ostatni, leśny odcinek jest bardzo stromy, ale jest sucho, więc nie stanowi to problemu.

Po zejściu przyglądam się jeszcze potokowi Łomniczanka, bo jest w tym miejscu bardzo ciekawy – małe wodospady i ciekawa budowa geologiczna. A potem niestety, żeby wrócić do samochodu, muszę przejść asfaltem przez całą Łomnicę-Zdrój. Ale nie jest to zbyt uciążliwe, bo nie jest zbyt gorąco, wieje przyjemny wiaterek, więc idzie się całkiem przyjemnie.

Potem dzwonię do Marka. Okazuje się, że na Parchowatkę wchodzi się z tej dużej polany, po której się plątałam. Za ostatnią chatką trzeba skręcić w lewo i po chwili jest się na szczycie. Dobrze, że się wróciłam, bo co prawda, ta ścieżka, którą szłam, prawdopodobnie prowadzi na tą polanę, ale to dość daleko, nie ma żadnych oznaczeń, więc o ile bym się nie zgubiła i tam doszła, to Parchowatki i tak bym nie znalazła.
Cóż, zdobędę ją innym razem, przecież i tak nie miałam jej w planie i zupełnie nie wiem, co mnie napadło, żeby jej szukać.