Rośliny naczyniowe

Hawrania Skała

Słowacki Raj - 24 lipca 2018

Wreszcie mobilizujemy się i jedziemy na odkładaną z tygodnia na tydzień wycieczkę na Hawranią Skałę (Havrania Skala 1156 m. n.p.m.) najwyższy szczyt Słowackiego Raju. Tylko tu nie są  przewidywane opady  deszczu, więc jest to dla nas dodatkową motywacją.

Tuż za skrzyżowaniem na Stratenę zauważam w wilgotnych zaroślach nieznaną mi, okazałą roślinę. I uznaję, że chyba musi to być języczka syberyjska. Niestety, nie ma się tam za bardzo gdzie zatrzymać, bo droga jest kręta i bez poboczy. Ale w drodze powrotnej będziemy musieli znaleźć jakieś miejsce, żeby na chwilę przystanąć, bo bym sobie nie darowała takiej okazji. Dwa lata temu pojechałam specjalnie na Polanę Biały Potok w Tatrach, bo miało tam być jedyne w polskich Karpatach  stanowisko tej rośliny, przeszukałam całą, a języczki nie znalazłam.

Zatrzymujemy się przed Strateną, na parkingu tuż za tunelem. Stamtąd wychodzi szlak na Havranią skałę. Przechodzimy najpierw malowniczym Kanionem Strateńskim (Stratenský kaňon), a następnie odbijamy na żółty szlak. Na tablicy ścieżki przyrodniczej jest informacja, że rośnie tu języczka syberyjska, więc wiem już na pewno, że się nie pomyliłam.

Jest pochmurno, ale według prognozy pogody koło południa ma wyjrzeć słońce. Wieje przyjemny, chłodny wiatr, więc idzie się bardzo dobrze.

Mamy szczęście, bo kiedy docieramy na szczyt, zza chmur zaczyna przebijać słońce i świat od razu robi się piękniejszy. Zwłaszcza, że widoki są wspaniałe. A strome, skaliste zbocza Havraniej Skały porośnięte są bogatą roślinnością. Buszuję więc po skałach, uważając, żeby nie spaść. I oczywiście znajduję. Bardzo rzadką roślinę, zarazę niebieską. W naszej części Karpat już wyginęła.

Pod szczytem Havraniej Skały znajduje się ładna jaskinia, więc tym razem to Krzysiek jest uszczęśliwiony, bo kocha jaskinie – kiedyś były jego największą pasją, dużą część życia poświęcił na ich penetrowaniu i odkrywaniu, więc każda, nawet najmniejsza budzi zawsze jego zainteresowanie.

Dochodzimy do źródła Občasný prameň. To bardzo ciekawe, unikatowe źródło. Jest to źródło okresowe. Ilość wypływającej z niego wody jest zmienna – od  0 do 45,6 litra na sekundę. Jego osobliwością jest to, w każdym kolejnym cyklu ilość wody jest taka sama. Wynika to prawdopodobnie ze specyficznego ukształtowania podziemnych korytarzy, którymi przepływa woda. Napełnia ona najpierw podziemne przestrzenie do pewnego poziomu, a kiedy przewyższa uniesiony ku górze korytarz, wtedy wypływa na powierzchnię. Źródło działa jak syfon. Woda wypływa na powierzchnię, aż do chwili gdy syfon się opróżni, przestaje wtedy płynąć, syfon z powrotem się napełnia i tak na okrągło. Zjawisko to zbadał Dionýz Štúr – słynny słowacki geolog i paleontolog w XIX w.

Koło źródła zmieniamy szlak na zielony, żeby zejść w Stratenie, jak najbliżej tunelu, przy którym zostawiliśmy samochód. Trasa jest przepiękna, co prawda na początku zamiast schodzić, wspinamy się dość długo do góry, ale potem szlak prowadzi przez wspaniały, skalny wąwóz. Jego wylot w Stratenie tworzy piękną, malowniczą, skalną bramę.

W planie mamy jeszcze przejście fragmentu niebieskiego szlaku, który prowadzi do Jaskini Lodowej. Na mapie Marta ma tu zaznaczoną tiesňavę, więc warto się tędy przespacerować, chociaż będziemy musieli wrócić tą samą drogą. Jest tu bardzo urokliwie. Wspaniale prezentuje się prostopadle wycięte w skałach koryto potoku, które można obserwować z wygodnego mostku.

Zauważamy też zaskrońca, który właśnie upolował żabę. Niestety, chwycił ją dopiero za nogę, a nasze nadejście go rozproszyło, więc musi się obejść smakiem. Szczęśliwa żaba ucieka.

Przechodzimy tiesňavę, idziemy jeszcze spory kawałek dalszą, leśną częścią tego szlaku. Mieliśmy dojść do skrzyżowania z żółtym szlakiem, ale zawracamy nieco wcześniej, bo jest już dość późno, jesteśmy trochę zmęczeni, a mamy przed sobą długą drogę powrotną. I musimy jeszcze zatrzymać się, żeby sfotografować języczkę syberyjską.

U wylotu tiesňavy, zauważam nagle wielosiła błękitnego. Marta z Krzyśkiem są dość daleko przede mną, ale mimo to słyszą radosny kwik, oznaczający, że znalazłam jakąś rzadką roślinę. Dla mnie szczęśliwie się złożyło, że wracaliśmy tą samą drogą, bo idąc w tamtą stronę go przeoczyłam, co nie było trudne, bo wśród bodziszków łąkowych wyglądał zupełnie jak one, i miałam ogromne szczęście, że go w ogóle zauważyłam.

Teraz przed nami najgorsze, musimy dojść asfaltem do samochodu, czego nienawidzimy, ale nie ma wyjścia. Na szczęście jest to dość krótki odcinek. Gdybyśmy zeszli żółtym szlakiem to nie było by tak wesoło.

Jeszcze tylko języczka – mamy znowu szczęście, kiedy znajdujemy miejsce, w którym można bezpiecznie na chwilę stanąć, okazuje się, że po drugiej stronie jest droga, prowadząca na łąkę, na której aż żółci się od języczki. Są tu jej setki. Moje szczęście jest absolutne.

Wycieczka była wspaniała. Świetna pogoda, niesamowite widoki, prawie żadnych turystów. A pod względem „zdobyczy” botanicznych osiągnęłam pełnię absolutną. Nie planowałam, że znajdę coś nowego, więc moja radość była tym większa. Na pewno postaram się tu jeszcze wrócić.