Rośliny naczyniowe

Radziejowa

Beskid Sądecki - 5 lipca 2018

Po wczorajszej przyjemnej wycieczce na Lubań dzisiaj „wyrypa” na Radziejową. Marek sprawdza prawidłowość oznaczenia tysiączników Beskidu Sądeckiego i tym razem idzie właśnie tam. Dołączam się do niego, bo ostatecznie obiecałam sobie, że będę latem więcej chodzić po Beskidzie Sądeckim, a przewodnik jest zawsze mile widziany. Oczywiście, Marek profilaktycznie nie zdradza mi ani trasy, ani jej długości. Tak na wszelki wypadek, żebym się nie rozmyśliła.

Jedziemy do Rytra. Zostawiamy tam samochód. Zaglądam na chwilę do moich ulubionych stawków, gdzie co wiosnę podglądam gody żab i ropuch. Chcę zobaczyć, czy przypadkiem nie ma traszek. Są.  Będę tu musiała przyjechać specjalnie, żeby je poobserwować.
Doganiam Marka i dowiaduję się, że idziemy przez Halę Konieczną. Proponuję więc Perć Sosnowskiego, bo szlak jest zniszczony przez zwózkę drewna.

Percią idzie się bardzo przyjemnie, chociaż jest bardzo stromo. Mocno zmęczeni docieramy na Halę Konieczną. Czas odpocząć i coś przekąsić.

W miejscu, gdzie kiedyś był pomnik partyzantów, jest ogrodzenie i został posadzony młody las. Po pomniku nie ma nawet śladu. A jeszcze dwa lata temu oglądałam jego pozostałości.

Okazuje się, że nie idziemy dalej szlakiem w kierunku Złomistych Wierchów, tylko trawersującą zbocze stokówką. Jest bardzo gorąco, a droga jest całkiem odsłonięta, więc niemiłosiernie praży nas słońce, ale idziemy za to cały czas po płaskim.

Marek zaczyna rozglądać się za ścieżką, którą można stąd dojść szybko na Długą Przełęcz. Szedł nią dwa lata temu, ale teraz nie ma po niej śladu. Po bezskutecznych poszukiwaniach decyduje się na wejście do góry na przełaj przez straszne chaszcze. Protestuję, ale Marek utrzymuje, że ta ścieżka musi tam być. Na szczęście idzie sam na poszukiwania, a mi każe czekać na stokówce. Po chwili krzyczy, że znalazł, żebym szła. Drapiąc się pionowo pod górę przez gęsty młodniak, wcale mu nie wierzę, ale idę. I rzeczywiście, po chwili wychodzę na wąską, ale wygodną leśną dróżkę. Idzie równolegle do drogi, którą szliśmy, a po pewnym czasie się rozwidla (na Marka mapie jest oznaczona jako ścieżka Teodora, ale ścieżka przez perć na Rogasiowym Szlaku też się tak nazywa, więc jest tu jakaś pomyłka lub nieścisłość w oznaczeniu, a może kiedyś obie były ze sobą połączone, co byłoby logiczne – muszę kiedyś przejść tą drugą częścią ścieżki do końca i zobaczyć, gdzie ona wychodzi). Idziemy do góry i po chwili wychodzimy na czerwony szlak. To rzeczywiście spory skrót.

Docieramy do Małej Radziejowej (1207 m n.p.m.) Marek stwierdza, że tabliczka jest niekoniecznie na szczycie, ale sprawdzamy, że jest mocno zarośnięty i dotarcie tam dla turystów byłoby trudne, więc Marek akceptuje jej umiejscowienie. Zdobywamy Radziejową (1266 m n.p.m.) i Marek zaczyna szukać ścieżki, którą podobno można dojść do kolejnej stokówki, która prowadzi do Rogasiowego Szlaku. Szlam nią z Martą i Krzyśkiem, więc wiem, że wychodzi z Przełęczy Żłobki (1104 m n.p. m.) i nie mam ochoty na eksperymenty. Stawiam na swoim i szlakiem dochodzimy na przełęcz, a stamtąd drogą do naszego szlaku. Idziemy kolejną stromą percią, tym razem jest to słynna ścieżka zrobiona przez hrabiego Adama Stadnickiego dla swojego syna. Też jest tu pięknie. Tylko jak dało się tędy przejechać linijką? Jest tak stromo, że wydaje się to niemożliwe. Ale są pozostałości po kamiennej ścieżce, więc może kiedyś rzeczywiście się dało.

Robimy sobie mały odpoczynek na szczycie Jaworzyn (1068 m n.p.m.) A potem schodzimy bardzo stromym żółtym szlakiem. To zejście nas wykańcza. Ciągnie się w nieskończoność. Jesteśmy tak spoceni, jakbyśmy się wspinali, a nie schodzili. Nienawidzę takich stromych ścieżek w dół. Zdecydowanie lepiej już nimi wchodzić do góry. Bardzo zmęczeni docieramy do samochodu. Mimo, że przeszliśmy tylko niecałe 20 kilometrów, to ja czuję się tak, jakbym zeszła z tatrzańskiego szlaku.