Rośliny naczyniowe

Lubań z Grywałdu

Gorce  - 4 lipca 2018

Po dwóch deszczowych, przesiedzianych w domu weekendach, nosi mnie, żeby się gdzieś wybrać. Wymyślam sobie wycieczkę na Lubań z Grywałdu. Jeszcze nigdy tamtędy nie szłam, wiec najwyższa pora. Pomysł akurat na samotną wycieczkę.

W Grywałdzie zatrzymuję się na chwilę przy unikatowym, XV-wiecznym, drewnianym kościółku. Jest dość wcześnie, więc jest zamknięty, ale byłam w nim w środku już dwukrotnie, więc specjalnie nie żałuję, chociaż wnętrze jest wspaniałe. Szczególnie podoba mi się ołtarz.

Zgodnie z wskazówkami tubylców dojeżdżam główną drogą do końca asfaltu, chociaż widzę, że zielony szlak, którym mam iść, skręca w lewo, ale nie tam możliwości wjazdu samochodem, więc jadę dalej. Przy końcu asfaltu jest, tak jak miał być, spory parking, ale jest też tabliczka z napisem „Zakaz wstępu, teren prywatny”. Jakiś człowiek grabiący siano, pokazuje mi właśnie wychodzącego z domu właściciela tego terenu, toteż podchodzę do niego, pytam o możliwość zostawienia w tym miejscu samochodu i oczywiście uzyskuję jego zgodę.

Pytam o szlak, bo wiem, że zielony skręcił wcześniej, Ale zapewnia mnie, że właśnie tędy idzie szlak na Lubań. Nic nie wiem o innym szlaku poza zielonym, ale głupio mi na jego oczach się cofnąć, więc idę, tak jak mi pokazał. Oznaczenia jakiegokolwiek szlaku długo niestety nie zauważam, jednak maszeruję dzielnie dalej. Potem pojawia się szlak rowerowy. Myślę, że to dobrze, że na pewno idzie na Lubań, bo niby gdzie? Postanawiam jednak zerknąć na mapę, którą nie umiem się posługiwać. Po pierwsze udaje mi się ustalić, gdzie jestem. To już sukces. Na mapie, droga, którą idę, w pewnym momencie się kończy, więc nią nie dojdę. Ale jest zaznaczona ścieżka w lewo, która ma dojść do szlaku na Lubań. Miejsce jest charakterystyczne, bo potok, który mam po lewej stronie, będzie w tym miejscu przechodził na prawo. I tak jest rzeczywiście. Jestem z siebie bardzo zadowolona. Po chwili na dróżce pojawia się też oznaczenie szlaku rowerowego, więc jestem pewna, że idę na pewno dobrze. A kiedy docieram do „mojego” zielonego szlaku, to duma mnie wprost rozpiera. Po raz pierwszy wykorzystałam mapę i się „znalazłam”. Może nie taki diabeł straszny jak go malują.

Szlak początkowo jest przyjemny, potem niestety już aż pod sam szczyt jest zniszczony przez prowadzoną tu właśnie zwózkę drewna. Na wysokości ruin dawnego schroniska łączy się ze szlakiem niebieskim, prowadzącym na Lubań z Przełęczy Snozka.

Na małych śródleśnych polankach jest niesamowita wręcz ilość różnych gatunków motyli, a ponieważ idę sama, to mogę do woli się za nimi uganiać.

Przechodzę przez bazę studencką, wdrapuję się na wieżę widokową, słońce niestety chowa się za wielką chmurą, więc widoki są takie sobie. Tatry widać, ale słabo.

Na dół schodzę do końca szlakiem zielonym, żeby zobaczyć, jak wygląda w całości. Początek jest bardzo ładny, prowadzi pięknymi, widokowymi łąkami. Widać z nich też Tatry.

Wracam zadowolona  i wypoczęta do do domu. Może zacznę używać mapy?