Rośliny naczyniowe

Beskid Niski "na krechę"

wokół Ropicy Górnej - 22 kwietnia 2018

Znaleźliśmy na stronie pana Marka Owczarza opis spaceru na wzgórze Piwane nad Ropicą Górną. Poniżej szczytu miały znajdować się kamienie z wyrzeźbionymi na nich krzyżami, napisami w języku rosyjskim oraz zegarem słonecznym – powstały w 1914 roku podczas bitwy gorlickiej. Postanowiliśmy się tam wybrać, ale ponieważ to było trochę mało na wycieczkę, postanowiliśmy się jeszcze przejść doliną potoku Wołosiec, gdzie miały znajdować się ciekawe wodospady i wychodnie skalne.

Wyruszyliśmy spod cerkwi pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Szliśmy początkowo drogą prowadzącą łąkami w stronę wzgórza Piwane. W lesie zeszliśmy z drogi i na przełaj doszliśmy do szczytu. Tam dość szybko udało nam się znaleźć głazy z rysunkami i napisami.

Potem przez przysiółek Pstrążne doszliśmy do Dragaszowa. Przeszliśmy krótki odcinek asfaltową drogą, a następnie skręciliśmy w dolinę potoku Wołosiec. Szybko znaleźliśmy skały, które Krzysiek wypatrzył na mapie. Ale potem było już gorzej. Zapomnieliśmy zabrać z samochodu opis dojścia do wodospadów. Kierując się mapą znaleźliśmy dwa przy drodze, którą szliśmy, ale potem błąkaliśmy się dość długo wzdłuż potoku Wołosiec, szukając pozostałych – z zerowym rezultatem. Było ciężko, więc zrezygnowaliśmy i wyszliśmy z powrotem na leśną stokówkę. Nią doszliśmy do przełęczy pod Ostrą Górą, a stamtąd, trochę szlakiem narciarskim, a resztę granią ”na krechę” poniżej Dziamery, Zawierszy i Kornuty. Krzysztof jak zwykle przejął dowództwo, i wykorzystując swój talent w orientowaniu się w terenie, sprowadził nas na dół. Dokładnie koło pozostawionego rano samochodu.

Byliśmy zmęczeni, bo przeszliśmy 20 kilometrów. Dobrze, że mogliśmy się posilić domowym ciastem, które upiekłam na tą okazję - mieliśmy w planach najpierw Piwane, potem powrót do samochodu, konsumpcję ciasta i podjechanie do Dragaszowa (stąd ciasto). Ale wyszło inaczej i w ten sposób zrobiliśmy spore kółeczko wokół Dragaszowa i Ropicy Górnej, tym razem całkiem poza szlakami.

Przy samochodzie przyjrzeliśmy się dokładniej mapie, przeczytali zabrany na wycieczkę opis dojścia do wodospadów i okazało się, że były tuż koło tych pierwszych wychodni skalnych, które znaleźliśmy zaraz na początku (nie na Wołoścu, a na jego dopływie). Najśmieszniejsze jest to, że przecież wszyscy mieliśmy telefony z działającym Internetem, a żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby wejść na właściwą stronę i po prostu znaleźć tam ten opis. Nasze dzieci by zrobiły to pewnie od razu. Cóż, jesteśmy z innego pokolenia.

Ale wycieczka była i tak udana. Mieliśmy piękną pogodę. Wszystko wokół kwitło. Znalazłam w kilku miejscach różowe okazy szczawika zajęczego – były tam zresztą bardzo różne – zwykłe białe z żółtymi środkami, białe z różowymi środkami, białe, ale ze zdecydowanie ciemniejszym żyłkowaniem, i wreszcie całkiem różowe. Ciekawa jestem, od czego to zależy, bo nie zauważyłam, żeby była jakaś reguła. Często w tym samym miejscu tuż obok siebie rosły trzy różniące się od siebie kolorem kwiatów roślinki.

Podczas penetrowania brzegów Wołośca znalazłam także dwa piżmaczki wiosenne, a że dotąd widziałam je tylko trzy razy, to byłam ze swojego znaleziska bardzo zadowolona.