Rośliny naczyniowe

Trochę Ukrainy

Czarnohora i Świdowiec z Sądeckim Odziałem PTT
11-15 sierpnia 2017

Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie w ukraińskie Karpaty. Może przyczyniły się do tego moje dość nieprzyjemne doświadczenia przy przekraczaniu granicy Rumunii z ZSSR w latach 70-tych, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, a także kłopoty na granicy polsko-ukraińskiej podczas zorganizowanej wycieczki do Lwowa. W każdym razie podróż „tam” nie była czymś, co brałam pod uwagę, chociaż tamtejsze góry, oglądane na fotografiach, wyglądały pięknie.

Pod koniec lipca zadzwoniła niespodziewanie Marta, oznajmiając, że zapisała Krzyśka i mnie - do towarzystwa, bo sama nie mogła dostać urlopu, na wycieczkę zorganizowaną przez PTT w ukraińskie Karpaty (Czarnohora i Świdowiec).

Pojechałam więc razem z Krzyśkiem. Raz kozie śmierć. Muszę być trochę bardziej elastyczna.

Na przejściu granicznym, stojąc w upale na pełnym słońcu, spędziliśmy 9 godzin (moje obawy okazały się słuszne).

Przy wyjeździe z  Lwowa straciliśmy kolejne dwie godziny,  z powodu trwających remontów ulic.

W związku z tym obiadokolację jedliśmy w okolicach pierwszej w nocy.

 Nie udało nam się zdobyć wymarzonego przez Krzyśka Popa Iwana (z powodu zbyt późnego wyjścia na szlak przegoniła nas burza).

Drugiego dnia mieliśmy więcej szczęścia – udało nam się wejść na Bliźnicę. Szkoda tylko, że była duża mgła i zimno. Żałowałam też, że nie zorganizowano nam przejazdu „gruzawikami”, na co miałam ogromną ochotę, bo to bądź co bądź koloryt lokalny.  Dolina, którą prowadził szlak, była nieciekawa, zakurzona, miała 8 km długości i musieliśmy ciągle schodzić z drogi kursującym tamtędy busom i ciężarówkom przewożącym turystów.

Tak, jak podejrzewałam, w sierpniu już prawie nic nie kwitło. A to, co jeszcze mogło kwitnąć, było dokładnie zjedzone przez krowy i owce.  U nas piękne, kośne łąki zarastają lasem, tam koszony i wypasany jest każdy możliwy skrawek.

Ale pod Popem Iwanem znalazłam kilka kwitnących krzaczków rododendrona wschodniokarpackiego, więc byłam bardzo szczęśliwa. Mogę go teraz porównać z tym znalezionym na Przełęczy Małołąckiej w Tatrach.

Góry rzeczywiście ogromne i piękne - na pewno warte poznania.

Ośrodek w  Bukovli, w którym nocowaliśmy, na europejskim poziomie, miła atmosfera, jedzenie mi smakowało, chociaż niektórzy się skarżyli.

Poznaliśmy bardzo sympatyczną parę z Łososiny, okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów.

Odwiedziliśmy też Lwów i Stryj, które obejrzeliśmy z Krzyśkiem w zawrotnym tempie, kosztem obiadu, ale oczywiście było warto. Zobaczyliśmy kawałek Ukrainy, życie tamtejszych ludzi, zdegustowaliśmy górskie sery, przywieźliśmy do Polski tradycyjne ukraińskie smakołyki.

W sumie nie żałuję. Może jeszcze kiedyś?