Rośliny naczyniowe

Nieplanowana Czerwona Ławka

Tatry - 8 sierpnia 2017

Planowaliśmy się wybrać z Markiem jeszcze raz w Tatry. Zaproponowałam Marcie, żeby z nami pojechała, bo miała jeszcze urlop.
Myślałam o Bystrej i Błyszczu. No, ewentualnie mogłam zamienić Tatry na Babią Górę i poszukać tam arniki górskiej. Awaryjnie wymyśliłam też spacer Doliną Staroleśną do Zbójnickiej Chaty (mam oszczędzać kolana na Ukrainę). Marek tam nigdy nie był i powinno mu się podobać.

Marta o Bystrej słyszeć nie chciała. Daleko, nudno i jakieś okropne maliniaki, które boleśnie zapamiętała ze swoich poprzednich wycieczek. Babia Góra z Przywarówki też nie wzbudziła zbytniego entuzjazmu. Stanęło na Staroleśnej.
Po drodze zaproponowałam wejście na Rakuską Czubę. Też nie chwyciło.

W związku z tym wylądowaliśmy w Starym Smokowcu, zakupili sobie bilety na kolejkę w obie strony i ruszyli niespiesznie na „spacerową” wersję wycieczki w Tatry Wysokie. Los jednak jest przewrotny i zweryfikował nasze mało ambitne plany.

Miała być piękna pogoda – stosunkowo chłodno i piękne słońce. Jednak Tatr nie było widać przez całą drogę. W Smokowcu też były za gęstą mgłą. Szliśmy więc w lekkiej mgle, ale liczyliśmy, że później będzie lepiej. I było. Nie tylko lepiej, ale wprost bajecznie. Przez cały dzień, od strony Niżnych Tatr, dolinami, pomiędzy tatrzańskie szczyty wpływały śnieżnobiałe obłoki, tworząc fantastyczną mgłę. Górą było piękne, błękitne niebo. Wiatr raz po raz rozwiewał mgłę i mogliśmy oglądać widoki, o jakich od dawna marzyłam – skały na tle błękitnego nieba, ze snującą się poniżej białą mgłą. Tak było przez cały dzień. Nigdy jeszcze nie miałam w Tatrach takiej pogody.

Do  Zbójnickiej Chaty dotarliśmy pełni wigoru i nie mieliśmy ochoty od razu wracać na dół. W związku z tym poszliśmy na spacer w stronę Czerwonej Ławki, bo było tam sporo malowniczych stawów. Po drodze spotkaliśmy dwie kozice, które w ogóle nie reagowały na naszą obecność.

Szliśmy i szliśmy, chcieliśmy zobaczyć Czerwoną Ławkę, ale ciągle była schowana, więc szliśmy dalej. Ciągle nie byliśmy zmęczeni, chociaż przeszliśmy już spory kawałek.

Nagle Marta rzuciła od niechcenia, patrząc na idącego przodem Marka: A może byśmy Marka przewlekły przez Czerwoną Ławkę?

O tym, że można teraz przejść przez Czerwoną Ławkę także od Doliny Staroleśnej od 2012 roku, powiedziałam im rano, bo sama wyczytałam to dzień wcześniej. Marta sprawdziła to na drogowskazie pod schroniskiem.

Dogoniłyśmy Marka prawie w ostatniej kotlince pod podejściem na Czerwoną Ławkę. Wyszłyśmy z propozycją. Marek patrzył na nas nieufnie. Marta argumentowała, że wracając, mamy już teraz tyle samo drogi. Rozłożyli mapy. Podliczyli czasy przejścia. Rzeczywiście tak wychodziło.
Spojrzeliśmy do góry na te ostatnie 300 m przewyższenia. Wysoko. Kazałyśmy Markowi podjąć decyzję. Wiedziałam, że Czerwona Ławka zawsze była jego marzeniem. Popatrzył na nas i oznajmił krótko: No to zbierajcie się, idziemy do góry, szkoda czasu, bo nie zdążymy na kolejkę!

Nasz niespieszny do tej pory spacer, zamienił się w szybką wspinaczkę, chociaż im wyżej, tym było goręcej. Mgła pozostała poniżej nas.

Tuż przed wejściem na klamry popakowaliśmy ciaśniej plecaki, pochowali bezpiecznie kijki, wreszcie zjedliśmy na spółkę czekoladę i ruszyli na spotkanie z Przygodą.

Kiedy tam wchodziłam w 2009 r., nie sprawiło mi to żadnych trudności. No, ale zejście jest na pewno trudniejsze niż wejście, zwłaszcza, że cały czas widzi się wysokość. Są tam teraz poprowadzone dwa ciągi łańcuchów – jeden dla wchodzących, drugi dla schodzących. Miejscami idzie jeszcze dodatkowo trzeci.

Zwykle zatłoczona, Czerwona Ławka była tego dnia prawie pusta. Prawdopodobnie Tatry zakryte z zewnątrz mgłą nie zachęcały turystów, bo na szlakach w ogóle było ich niewielu. 

Na dół schodziliśmy tylko my. Marek i Marta szli przede mną. W pewnym miejscu na swoich łańcuchach spotkałam liczną grupę, także z dziećmi. Pokazałam im, że powinni zmienić łańcuch, ale nie zareagowali. W związku z tym pochopnie przeniosłam na ten drugi. Nikt nim na szczęście nie szedł. Ale ja zawsze wlezę tam, gdzie nie powinnam. W pewnym momencie doszłam do miejsca, w którym łańcuch opadał po wyeksponowanej ścianie wiele metrów prostopadle w dół. Nie było żadnego zaczepienia dla nóg, więc musiałam naprężyć łańcuch, odginając się mocno do tyłu i zejść po gładkiej ścianie kilka długości łańcucha.

Nigdy tak jeszcze nie schodziłam. Zawsze był jakiś kominek albo żleb. Można się było na chwilę przytulić do skały. Na dodatek cały czas widziałam, jak wysoko jestem i ile jeszcze mam do zejścia. Poza tym byłam całkiem sama. Widziałam w dole małe postaci Marka i Marty, czekających na mnie, na górze też nie było nikogo w zasięgu wzroku. Ale złaziłam dzielnie w dół, chociaż pewnie nie robiłam tego zbyt fachowo. Zeszłam, ale chyba nie miałabym ochoty na powtórkę tego fragmentu, chociaż naprawdę lubię łańcuchy.

Z dołu usłyszeliśmy tylko przeraźliwy płacz jednego z tych dzieci, które minęłam na łańcuchach. Było go nam strasznie żal. Niektórzy rodzice nie mają w ogóle wyobraźni.

Sprawnie dotarliśmy do Chaty Terriego, zatrzymaliśmy się tylko na króciutki odpoczynek, zwłaszcza, że dolinę Pięciu Stawów Spiskich zasnuła mgła i zrobiło się zimno.

A po drodze Marta wreszcie zauważyła świstaka. To był jej główny cel w tym dniu – zobaczyć świstaka –  więc cały dzień wypatrywała świstaków, a nigdzie ich nie było. Szła więc i marudziła. Teraz była uszczęśliwiona.

Szybko zeszliśmy do Chaty Zamkovskiego. Byliśmy już mocno zmęczeni, tak że te ostatnie 45 minut na Chrebionok nie były przyjemne, zwłaszcza, że musieliśmy się spieszyć. Zdążyliśmy na przedostatni kurs kolejki.

Tak to, broniąc się przed zbytnim wysiłkiem, wybraliśmy się na „geriatryczną” wycieczkę, zdobyliśmy niechcący Czerwoną Ławkę i przeszliśmy dwie doliny zamiast jednej. No, ale warto było! Czuliśmy się po tym wyczynie jak młodzi bogowie, a takie uczucie jest bezcenne.