Rośliny naczyniowe

Z Łącka na Koziarz i Błyszcz

Beskid Sądecki - 27 lipca 2017

Mieliśmy się wybrać z Markiem w Tatry. Ale prognozy pogody były mało zachęcające. Miało padać. Zrezygnowaliśmy z wycieczki. Wstałam koło ósmej, odsłoniłam rolety i zobaczyłam bezchmurne, błękitne niebo. Zrobiło mi się szkoda, że zmarnowaliśmy ładny dzień.

Zadzwoniłam szybko do Marka i postanowiliśmy się wybrać gdzieś niedaleko. Chodziła mi po głowie Brzyna, bo w tamtych okolicach miało być stanowisko koniczyny panońskiej, której szukałam w zeszłym tygodniu. Ponieważ żadne z nas nie szło żółtym szlakiem z Łącka na Koziarz, a od dawna to sobie obiecywaliśmy, więc postanowiliśmy się tam wybrać.

Atrakcją tego szlaku jest przeprawa tratwą przez Dunajec – jest tam przewoźnik na etacie, który bez opłaty przez cały rok przewozi na drugi brzeg wszystkich, którzy tego potrzebują.  

Szlak, początkowo bardzo stromy, prowadzi bukowym lasem. Potem wychodzi na łąki, z których roztaczają się wspaniałe widoki. Częściowo idzie asfaltową i betonową drogą, ale idzie się nimi całkiem przyjemnie. W drodze na Koziarz przechodzi się przez kilka szczytów, m.in. Cebulówkę, Okrąglicę Północną, Suchy Groń, więc kilkakrotnie schodzi się i wchodzi z powrotem do góry.

Na polanie pod Suchym Groniem zauważam moją koniczynę. Wydaję dziki okrzyk radości. Idący kawałek za mną Marek od razu wie, że ją znalazłam. To jest „ten” okrzyk. Wydaję go z siebie jedynie wówczas, gdy znajduję nową, upragnioną dla mnie roślinę. W wypadkach znalezienia czegoś innego, np. ciekawego owada, czy ładnego okazu rośliny, którą już mam w kolekcji, też podobno krzyczę z radości,  ale ponoć zupełnie inaczej.

Koniczyna jest już co prawda prawie przekwitła, ale to nic – przyjdę tu w przyszłym roku wcześniej, żeby zrobić jej zdjęcie w pełni kwitnienia. Nie przypuszczałam, że będzie miała aż tak duże kwiatostany. Jestem bardzo szczęśliwa.

Po sesji fotograficznej idziemy dalej. Wdrapujemy się na Koziarz i wchodzimy na wieżę widokową. Dobrze, że nie pojechaliśmy w Tatry, bo wygląda na to, że tam pada deszcz.

Zastanawiamy się, jak iść dalej, bo samochód zostawiliśmy w Łącku. Mamy ochotę zejść do Szczawnicy, ale tam jest jeszcze trzy godziny drogi i obawiamy się, czy będzie o tej godzinie jeszcze jakiś autobus. Wolimy nie ryzykować i postanawiamy zejść do Tylmanowej. Wchodzimy jeszcze tylko na chwilę na Błyszcz i zaczynamy schodzić. 

Mamy ogromne szczęście. Dochodzimy właśnie do przystanku, gdy nadjeżdża bus. W dodatku prawie pusty. Po chwili jesteśmy w Łącku, wsiadamy w samochód i wracamy do domu.

To była bardzo udana, choć nieplanowana wycieczka.